A oficjalnie te kobiety w ogóle nie istniały. Nie było list rejestracyjnych, dokumentacji medycznej, nazwisk, tylko pospiesznie nabazgrane numery na ścianach każdej celi. Numer 7, numer 12, numer 23. Kobiety zredukowane do numerów. W kwietniu 1944 roku, gdy wojska alianckie posuwały się przez północną Francję, oddział szpitala polowego został pilnie ewakuowany.
Dokumenty spalono, sprzęt medyczny załadowano na ciężarówki. Ocalałych więźniów, w sumie zaledwie 17, przewieziono w nieznane miejsca. Vulker zniknął ze swoimi notatnikami. A stara fabryka pozostała tam, cicha, pusta, jakby nigdy nie otulała jej nic poza kurzem i cieniami. Przez dekady nikt już nie wspominał o tym miejscu.
Ani miejscowa ludność, która wolała unikać ruin, ani weterani alianccy, którzy nigdy nie słyszeli o obozie w tym miejscu, ani historycy, którzy nie znaleźli żadnych dokumentów. Historia tych kobiet została pochowana wraz z ich ciałami. Jednak podczas prac renowacyjnych, mających na celu przekształcenie terenu w parking, robotnicy dokonali odkrycia: zamkniętej piwnicy.
Wśród dziesiątek ludzkich szczątków i kości leżały fragmenty papieru, podarte kartki z pamiętników, poplamione wilgocią, ale wciąż czytelne, napisane po francusku drżącymi rękami. Na kilku stronach powtarzało się to samo zdanie: „Zdejmijcie ubranie i uklęknijcie”. Ale co tak naprawdę wydarzyło się po tym rozkazie? Co zrobili żołnierze? I dlaczego nikogo nie ukarano? Prawda jest jeszcze okrutniejsza, niż możemy sobie wyobrazić, i wkrótce zostanie ujawniona.
Ernst Fulker urodził się w Dreźnie w 1911 roku jako syn farmaceuty i nauczyciela gry na fortepianie. Dorastał w rodzinie mieszczańskiej, która wysoko ceniła wykształcenie i dyscyplinę, i był wzorowym uczniem. W 1920 roku rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Berlińskiego, gdzie specjalizował się w patologii. W 1930 roku, kiedy Narodowosocjalistyczna Partia doszła do władzy, był już szanowanym lekarzem i autorem publikacji na temat chorób zakaźnych i oporności bakterii. Nigdy nie był fanatykiem.
Nie skandował żadnych haseł i nie nosił swastyk na mundurze, ale wierzył w skuteczność i był przekonany, że nauka nie powinna być hamowana przez sentymentalizm. Na początku wojny Vulker został powołany do korpusu medycznego w Vertmarthe. Nie prosił o to, ale też nie odmówił.
Kiedy zaproponowano mu stanowisko dowódcy jednostki eksperymentalnej w północnej Francji, przyjął je bez wahania. Propozycja była jasna: badanie wytrzymałości człowieka w ekstremalnych warunkach: mrozie, bólu, trudach, infekcjach. Wszystko to pod pretekstem lepszego przygotowania niemieckich żołnierzy do walki na froncie wschodnim.
Ale w rzeczywistości to, co Volker robił, było torturą pod przykrywką nauki. Wykształcenie uniwersyteckie dało mu ku temu środki, opanowanie wiedzę, a wojna dała mu na to przyzwolenie. W nazistowskich Niemczech w latach 40. granica między badaniami medycznymi a okrucieństwem zatarła się. Znani lekarze uczestniczyli w programach eutanazji.
Genialni naukowcy planowali przeprowadzać eksperymenty na ludziach bez ich zgody. I nikogo to nie dziwiło, bo wszystko działo się w imię wyższego celu: zwycięstwa, nauki, postępu. Fulker idealnie wpasowywał się w ten system. Z natury nie był potworem. Był człowiekiem, który nauczył się tłumić empatię dla dobra efektywności.
Eksperymenty przebiegały według precyzyjnego schematu, począwszy od dehumanizacji. Więźniów rozbierano do naga, numerowano i traktowano jak przedmioty. Volker uważał, że jest to konieczne, aby wykluczyć czynniki emocjonalne. Gdyby traktowano ich jak ludzi, asystenci mogliby się wahać. Gdyby traktowano ich jak numery, eksperymenty byłyby skuteczniejsze. I zadziałały.
Niemieckie pielęgniarki, które z nim pracowały, posłusznie wykonywały jego polecenia bez sprzeciwu. Nie z okrucieństwa, ale dlatego, że rutyna normalizowała horror. Wstrzyknięcie bakterii bezbronnej kobiecie stało się po prostu czwartym protokołem eksperymentalnym. Obserwowanie kogoś umierającego z powodu hipotermii stało się po prostu sposobem na zebranie danych dotyczących oporu cieplnego.
Proces dehumanizacji rozpoczął się natychmiast po ich przybyciu. Kobiety zabrano do pomieszczenia, gdzie konfiskowano i palono ich ubrania. Włosy obcięto im na bardzo krótko, niemal całkowicie ogolono. Rzeczy osobiste – listy, zdjęcia, obrączki – wrzucono do worka i zapomniano o nich. Dano im szorstkie, szare tuniki, bez bielizny, przez co były stale wystawione na zimno.
Potem pojawił się numer, namalowany czarną farbą na ich lewym przedramieniu. Niektórzy próbowali go wymazać, zmyć, sprawić, by zniknął, ale tusz był nieusuwalny i po pewnym czasie dali za wygraną. Ich numery stały się ich częścią, a ich imiona stopniowo blakły. Jeden z najokrutniejszych eksperymentów polegał na zanurzeniu ich w lodowatej wodzie.
Więźniowie byli zamykani w metalowych zbiornikach wypełnionych wodą o temperaturze od 2 do 5°C. Nadzy, byli wiązani skórzanymi pasami, które rozcinały im nadgarstki i kostki. Vulker śledził, ile czasu upływa, zanim tracili przytomność. Mierzył im temperaturę ciała co pięć minut termometrami doodbytniczymi. Kontakt był brutalny, natarczywy i dodawał dodatkowej warstwy upokorzenia do fizycznej tortury.
Niektórzy przeżyli piętnaście minut, inni pół godziny. Żaden z nich nie przeżył dłużej niż godzinę. Kiedy wyciągnięto ich z wody, ich skóra była sina, usta fioletowe, a oczy szkliste. Niektórzy nigdy nie odzyskali przytomności. Wracali do cel, gdzie umierali w nocy. Zamarznięty i samotny, robił coś więcej niż tylko obserwował.
Eksperymentował również z metodami ogrzewania. Niektóre kobiety, zanurzone niemal na śmierć, miały kontakt z nagimi ciałami niemieckich żołnierzy, aby sprawdzić, czy ludzkie ciepło może je ożywić. Inne wrzucano do kąpieli z wrzącą wodą, co powodowało u nich szok termiczny, często kończący się zatrzymaniem akcji serca. Vulker udokumentował wszystko.